Języka i tak uczysz się samemu

Piątkowy wieczór, Sopot. Siedziałam ze znajomymi w koktajl barze Max, który słynie z owocowych drinków z palemkami. Miejsce zawsze przepełnione ludźmi, tak więc znalezienie stolika graniczyło z cudem. Nam całe szczęście się udało. W barze było wyjątkowo gwarno, pamiętam, że przeplatały się różne języki: polski, angielski, rosyjski oraz język, którego za nic w świecie nie mogłam rozpoznać. Spojrzałam na grupę ludzi, którzy siedzieli tuż obok i prowadzili zażartą dyskusję w tym dziwnym języku. Brzmiało to wyjątkowo śpiewnie i w pewnym sensie spodobała mi się ta tajemnicza mowa.

-Excuse me, where are you from? – spytałam z nadzieją rozwiązania nurtującej mnie zagadki.

– Norway!!! – krzyknęli hurem – Skål!!!!

Kieliszki w górę, czyli oznaczało to na zdrowie. No to skål. A było to w 2013 roku.

Dlaczego o tym piszę? Nie chodzi mi o sentymentalne wspominki z sopockich imprez, choć ten temat niewątpliwie zasługuje na osobny wpis i być może wkrótce podzielę się z wami opowieściami ze Spatifu.  Tym razem jednak chcę napisać kilka słów o…nauce języków obcych. Tak. Przenosimy się z baru do książek. Właśnie tak stało się wówczas w moim przypadku. Norweski bardzo mi się spodobał i następnego dnia z samego rana ruszyłam do księgarni językowej, aby kupić podręczniki do norweskiego. W ten oto sposób rozpoczęła się moja przygoda z norweskim, która w pewnym sensie trwa do dziś. Norweski oraz Norwegia zawsze będą mi bliskie. Do czego zmierzam? A do tego, że języka obcego można się nauczyć samemu i mogę to potwierdzić własnym doświadczeniem. Nauka norweskiego tak mnie pochłonęła, że codziennie siedziałam w książkach po kilka godzin, ale nie robiłam tego z przymusu – po prostu chciałam. Z kolei po 6 miesiącach intensywnej nauki pojechałam do Oslo, aby nagrać filmiki z native speakerami w języku norweskim. Projekt został zakończony sukcesem 🙂

Moja fascynacja językiem norweskim wzięła się w zasadzie znikąd, ot, spodobała mi się wymowa. Tylko tyle. Potem jednak ta spontaniczna decyzja o nauce doprowadziła mnie w ciekawe miejsca: studiowałam skandynawistykę i byłam na wymianach studenckich w Norwegii. Poznałam kulturę tego kraju. Byłam uczestnikiem wykładów, prowadzonych w całości po norwesku. A wszystko wzięło się od jednej imprezy. Czasami życie jest nazbyt zaskakujące, nigdy mnie nie ciągnęło do zimnej Skandynawii. Wolałam inne klimaty, na przykład gorącą Hiszpanię czy Amerykę Południową. I muszę przyznać, że pociąg do języka hiszpańskiego wciąż we mnie jest, stąd też powstał ten wpis.

Zamierzam rozpocząć naukę hiszpańskiego i tym razem chcę doprowadzić to do końca. Bo już wiele razy podręczniki do hiszpańskiego rzucałam w kąt 🙂 Niedawno wypożyczyłam kilka książek do samodzielnej nauki z katarskiej biblioteki, która swoją drogą jest wyjątkowo piękna i będąc w Doha na dłużej zdecydowanie warto tam zajrzeć.

 

Jak wygląda moja recepta na samodzielną naukę języka obcego?

 

  • Regularność – częsty kontakt z językiem obcym jest niezbędny. Niestety nie zaczniemy mówić po hiszpańsku czy angielsku otwierając książki raz na dwa tygodnie.
  • Motywacja – bez tego będzie ciężko. Dlaczego chcesz się nauczyć właśnie tego języka? Czy wykorzystasz go w przyszłości?   Warto odpowiedzieć sobie na te pytania zanim zasiądziemy do książek. Tu chcę zaznaczyć, że każdy z nas może mieć inną motywację. Jeśli uczysz się hiszpańskiego, bo chcesz oglądać telenowele w oryginale to też jest okej 🙂 Po prostu musimy czerpać z tego radość i satysfakcję. Tą zasadą się kieruje jeśli chodzi o naukę języków. Zresztą początkowo nie miałam żadnego powodu do nauki norweskiego, po prostu norweski ładnie brzmi. Powody przyszły znacznie później i celowo ich szukałam, aby nadać nauce większy sens.

Nie kryję, że jestem zwolenniczką samodzielnej nauki języków obcych. Tak naprawdę żaden nauczyciel nie nauczy się języka za nas, on tylko przekazuje wiedzę, a uczeń i tak samemu ją przyswaja, czyli uczy się sam. Wraca po zajęciach do domu, wyciąga zeszyt i czyta to, co przez dwie godziny wykładał nauczyciel. Ten proces powinien najlepiej powtarzać codziennie, do kolejnych zajęć, lub przynajmniej kilka razy w tygodniu. Tak więc w praktyce uczymy się sami, a rolą nauczyciela jest jak najlepsze przekazanie tego, co wie. Zajęcia z nauczycielem, czy prywatne, czy w szkole językowej mają wiele plusów, i w żaden sposób nie skreślam tej metody. Wolę jednak na początku, czyli mniej więcej przez kilka miesięcy, opanować podstawy samemu, a później, już z większą wiedzą, skorzystać z pomocy nauczyciela, najlepiej native speakera, żeby przy okazji popracować nad wymową.

 

Jak wygląda mój plan nauki hiszpańskiego?

Narazie nie tworzę dokładnego planu. Chcę, żeby nauka hiszpańskiego była przyjemnością, a nie musem. Nie zamierzam też, jak w przypadku norweskiego, siedzieć w książkach przez wiele godzin dziennie. Będę usatysfakcjonowana, jeśli w tygodniu przerobię ok 2-3 rozdziałów z mojego samouczka. Rozpoczynam powoli, ale nie chcę stawiać sobie nierealnych celów. Zobaczymy co z tego wyniknie. A już jutro lecę do Madrytu, a to będzie doskonała okazja, aby poćwiczyć hiszpański 🙂

 

Jestem ciekawa jak wy uczycie się języków obcych, czy macie swoje sprawdzone metody.

Zapraszam do dyskusji 🙂

  • Gabriela Jaworska

    Ja nie ma smykałki do języków, ale chyba najlepiej uczy mi się na fiszkach 🙂
    Mój blog

  • Niestety nie mam czasu na naukę, ale wciąż chodzi mi po głowie japoński! Znam podstawowe zwroty, które utrwalam na treningu 🙂

  • Ja muszę, muszę bo mieszkam za granicą. Niby mam okazje by na co dzień pogadać ale wciąż to za mało. W domu czasu brak i kicha